Pożegnanie macierzyństwa

Patrzę  na tę cudną, spokojną twarzyczkę. Maleńka istota, ledwo wystająca spod kołdry. Oddycha spokojnie. Co jakiś czas ssie niewidzialnego smoczka. To odruch, który pojawia się raz na kilkadziesiąt sekund i przypomina, że to jeszcze jest niemowlę. Ale i ten odruch zniknie, a on  zmieni się tak diametralnie i tak szybko. W duże dziecko. W człowieka o swoich upodobaniach, poglądach i z bagażem własnych doświadczeń.

 To prawdopodobnie ostatnie chwile mojego macierzyństwa. Tego początkowego, które pamięta poród, nieprzespane noce i stres pierwszej wysokiej gorączki.

To ostatnie ubrania, które z spodziewają się wszystkiego: resztek z obiadków, śladów po ulaniu czy tony śliny. Odejdą w zapomnienie, pochowane w kilkudziesięciu pudłach i rozpoczną nowe życie u innego niemowlęcia.

Zbieram w myślach te wszystkie niuanse i ulotne wspomnienia codzienności, która już nie wróci. Zmieni kształt i już nigdy nie będzie pachniała skórą niemowlęcia, nie będzie trzymać kurczowo za palec swoją drobniutką dłonią. Nie będzie kopniaków brzuch na przewijaku i nie będzie białych plam po kremie na ubraniach.

Zniknie sterylizator i armia butelek czekających na wezwanie do akcji przy akompaniamencie płaczu. Znikną smoczki, które wiecznie się pałętają, ale jak potrzeba choć jednego, to nie ma. Chowają się po kątach, wtapiają jak kameleon w otoczenie. Możesz szukać i biegać w panice po domu, 10 razy przeszukując całe pomieszczenie. Dziecko zdąży usnąć ze zmęczenia płaczem, a dopiero wtedy nadepniesz na jeden z nich. Będzie złowieszczo śmiał się z Ciebie. Bite gary!  Wszystkie nagle wyjdą z ukrycia.

Znikną też rozmoknięte  chrupki kukurydziane, oblepiające wszystko wokół i obślinione przedmioty notorycznie spadające z hukiem na ziemię.

Kiedyś skończę potykać się o krzesełko do karmienia, schowam maty edukacyjne, siedziska, foteliki, zabawki dla niemowląt i przypomnę sobie, jak wcześniej wyglądał mój salon.

Kiedy będę  gasić światło, nie będę widzieć tych zabawnych, ogromnych oczu, które zawsze wyglądają, jakby pierwszy raz w życiu zobaczyły ciemność.  Za każdym razem.

Już nie kupię  słodkiego małego ubranka usprawiedliwiając się, że na pewno się przyda. Powoli odejdzie ta rzeczywistość, zabierając ze sobą wszystkie dowody na to, że istniała. Do kosza trafią śliniaki, sztućce dla krasnoludków, ochraniacze na kanty mebli i zaślepki do kontaktów.

Lustra przestaną się kojarzyć z azylem, w którym zawsze znajdę uśmiech na jego twarzy. Obojętnie jak bardzo płacze, zawsze wita sam siebie szerokim i szczerym uśmiechem. Chciałabym zawsze się  tak uśmiechać na swój widok.

Dorastając straciłam też umiejętność szybkiego zapominania o tym, co mnie zasmuciło. Jemu wystarczy jeden mały bodziec, dźwięk, niespodziewany ruch i już uśmiech wraca na usta.

Mój dotyk straci swoją niezwykłą moc. Teraz koi wszystko: ból, lęk, smutek, płacz. Przegania samotność. Wystarczy, że biorę go na ręce.

Od niego nie usłyszę, że kocham go za mocno lub przytulam za dużo. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

Nic też nie zastąpi tego, że kiedy spojrzysz na drugiego człowieka, on zawsze i niezmiennie, obdarzy Cię szczerym uśmiechem. Za to oddałabym wszystkie wygody tego świata, i dom, i samochód, i wszystkie pieniądze. Byle mieć te pewność, że dostanę uśmiech. Zawsze.

Trudno zostawić te wspomnienia i pogodzić się z tym, że te niezwykłe chwile już nie wrócą. Nauczyły mnie wiele, ale nie będzie mi dane już ich przeżywać. Nie będę zasypiać z uśmiechem i poczuciem absolutnego szczęścia, tylko i aż dlatego, że on śpi obok. I co z tego, że obudzi mnie za 3 godziny. Teraz śpi. Teraz mogę się tym cieszyć i patrzeć na ten cud, który dał mi świat.

Jestem mamą 4 letniej Weroniki i malutkiego Wojtusia. Pracuję na etacie, a kiedy tylko mogę odkrywam z rodziną nowe miejsca, w których odpoczywamy i odrywamy się od codziennej bieganiny.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz